Przez całe wakacje poszukiwałem Tego filmu – tego, który zasłużył na recenzję w pierwszym w tym roku szkolnym numerze „Ech z MDK-a”. Przewinęło się dużo tytułów – od najnowszego filmu Emira Kusturicy, przez biografię Iana Curtisa, po japońskie westerny z Quentinem Tarantino. Wszystkie te filmy, znakomite zresztą, odeszły w zapomnienie, gdy wyszedłem z Multikina Arkady po seansie „Mrocznego Rycerza”.
Batman? Dla Polaka to leszcz. Jak bowiem zwykły (może tylko nieprzyzwoicie bogaty i z mroczną przeszłością) facet, który w nocy przebiera się w lateksowe ciuchy nietoperza może być nazwany superbohaterem? Jak może się równać z Supermanem, Spidermanem, Hulkiem czy Kapitanem Żbikiem? Jednak dla Amerykanów Batman to postać kultowa. Nie sposób zliczyć komiksów z tą postacią, jak również kreskówek czy innych spin-offów. Na srebrny ekran Nietoperz zawitał w filmie pod niezwykle innowacyjnym tytułem „Batman”. Lateks ubrał Michael Keaton, a reżyserem był nie kto inny, jak Tim Burton.(znany z „Soku z Żuka” czy „Gnijącej Panny Młodej”) Film ten widziałem bardzo, ale to bardzo dawno, więc nie pamiętam szczegółów, w pamięć wryła mi się natomiast genialna rola Jacka Nicholsona jako głównego przeciwnika Batmana, Jokera. Następne ekranizacje przygód Nietoperza nie były już tak udane, aż do roku 2004, w którym do kin wszedł „Batman-Początek”. Nie miałem niestety okazji obejrzeć tego dzieła, słyszałem jednak na ogół pozytywne recenzje. Przede wszystkim chwalony był klimat oraz dopracowany scenariusz.. 4 lata później do kin wchodzi „Mroczny Rycerz”.
Fabuła zaczyna się dość mdło – jest oto Batman, który rozprawia się z przestępczym światem miasta Gotham. Ma nieoficjalnych sojuszników – komisarza Gordona, który ma oficjalny nakaz aresztowania Nietoperza, oraz prokuratora Harveya Denta, również niezłego twardziela. Jednak w dzień Batman musi wzuć garnitur i stać się Brucem Waynem, miliarderem i kobieciarzem. Ma biedak również problemy sercowe – jego dawna dziewczyna Rachel prowadza się z Dentem. Jednak „twardym trza być a nie mientkim”, więc nasz dzielny bohater dalej wprowadza w życie swój plan zniszczenia mafii. Mówiąc szczerze, nie idzie mu źle.
Zapytacie pewnie, gdzie tu geniusz? Geniusz, drodzy Czytelnicy, i to dosłowny, pojawia się już w pierwszej scenie. Idealny napad na bank, kradzież wielkiej sumy pieniędzy i samotna ucieczka po zabiciu wszystkich wspólników. I tak biała, niechlujnie pomalowana twarz… Batman jeszcze nie wie, że niedługo stanie do walki z przeciwnikiem o wiele straszniejszym niż cała mafia razem wzięta – z wirtuozem zbrodni, Jokerem.
Zanim zacznę się rozpływać nad tą postacią, trochę miodu o reszcie filmu. Mówiąc szczerze, wszystko jest perfekcyjne. Wgniata w fotel – to najlepsze określenie na to, co zrobił Nolan i spółka. Reżyser świetnie panuje nad filmem, akcja płynie wartko niczym górski strumień, a zwrotów akcji jest więcej niż łapówek w PZPN. Dawno nie widziałem filmu, który powodował u mnie tak zwany „szczękopad” – ale jak inaczej nazwać zjawisko, kiedy cała sytuacja odwraca się dosłownie o 180 stopni, i to około pięciu razy? Wszystko jest dodatkowo podkreślone przez cudowną muzykę. Scenariusz jest wypieszczony i wychuchany, dialogi soczyste, a postaci wyraziste. No właśnie, bohaterowie – tu zaczyna się jazda bez trzymanki. Zacznijmy od jedynego „zgrzytu” w filmie – Rachel Dawes. Maggie Gyllenhaal, mimo iż nie jest złą aktorką, nie przekonuje. Po prostu. Jednak reszta to już cud, miód, orzeszki. Gary Oldman, Michael Caine czy Morgan Freeman to oczywista ekstraklasa. Christian Bale sprawdza się w roli Wayne’a/Batmana też zacnie, bardzo dobrze oddał złożoność postaci. Aaron Eckhart bardzo pozytywnie mnie zaskoczył, jego Harvey Dent jest perfekcyjny. Nie mogę niestety powiedzieć dlaczego, bo musiałbym zdradzić przebieg fabuły. W ogóle ów prokurator to chyba najciekawsza postać w całym filmie. Nie, przepraszam. Pozostał On – wielki Heath Ledger w roli Jokera.
Otóż ów klaun kryminalista jest w mojej opinii najlepszym czarnym charakterem w historii kina. Nie Hanibal Lecter. Nie Darth Vader. Nie Tyler Durden. Heath Ledger nie grał – on był tym psychopatą. W mojej opinii, Joker ukradł Batmanowi film. Zawsze, gdy pojawia się na ekranie, hipnotyzuje widza. Tembr głosu. Sposób poruszania. Mimika twarzy. Gdy film się skończył i pojawiła się dedykacja dla tragicznie zmarłego Ledgera, z trudem powstrzymywałem łzy nad stratą takiego wybitnego aktora. Dodatkowo, scenariusz pozwolił Jokerowi na rozwinięcie skrzydeł. Zachwyca, a jednocześnie przeraża jego okrutny geniusz. Wszystko zawsze idzie zgodnie z jego planem. Potrafi perfekcyjnie przewidzieć zachowania innych ludzi, i nie ma żadnych skrupułów. Osobowość tego dziwaka fascynuje od pierwszego wejrzenia. Ten film powinien zostać zakazany – po wyjściu z kina, mijając bank, zacząłem mimowolnie knuć złowieszczy plan udanego rabunku. To nie jest dobry objaw.
Nie jest łatwo pisać recenzję „Mrocznego Rycerza”. Nie mogę w pełni oddać moich uczuć w kwestii tego filmu, gdyż nie mogę napisać o zakończeniu. Ba, nawet nie o zakończeniu – zwrot akcji już po około półgodzinie jest tak zaskakujący, że nie dałoby się uniknąć tak zwanych spoilerów. Genialny scenariusz, świetne tempo akcji, zdjęcia, (one też są genialne) w ogóle wszystko doprowadza mój ośrodek w mózgu odpowiedzialny za filmy do ekstazy. No i Heath Ledger. Jeśli (jakimś cudem) nie otrzyma on Oscara, a zaczną masowo ginąć członkowie Akademii, pamiętajcie – „It’s all part of the plan…”